Towarzystwo

Wyraz towarzystwo posiada różne odniesienia. Z tego powodu można w „złym” lub „dobrym” się znaleźć. Równie można komuś służyć za…, tudzież mieć do towarzystwa. Wymienione słowo także scharakteryzuje grupę społeczną, organizację, związek. Dziś pozwolę sobie – pomijając meandry historyczne, strukturalne tylko „nadmienić” o Towarzystwie Wioślarskim w Koninie. Zima za oknem… a ja o letnim czasie, bowiem w zażenowanie wprowadziła mnie forma dysputy o pomysłach na wykorzystanie tzw. konińskich bulwarów. Z rzadka słyszę głosy dumy, że właśnie Konin posiada jedno z najpiękniej zagospodarowanych nabrzeży w Polsce i zamiast pomysłów, inicjatyw, podpowiedzi słychać tylko utyskiwania. Z tego powodu zaproponuję podróż w czasy, gdy Wartę naprawdę kochano.
Zatrzymajmy się na początku lat trzydziestych XX wieku, a wówczas opoką, na której budowano przynależność do Towarzystwa Wioślarskiego była właśnie miłość do rzeki. Nieważnym status społeczny, finansowy, polityczny, wyznaniowy, czy zdobyte wykształcenie. Wspólnymi cechami była sprawność fizyczna oraz clou: co Ty…, czy ja możemy zrobić dla miasta oraz jego mieszkańców. Członkowie, to nie tylko uczestnictwo w regatach, czy zawodach wioślarskich, a przede wszystkim aktywność w życiu miasta. Z tego powodu TW zawsze stawało w pierwszym szeregu, gdzie propagowano kulturalne spędzanie czasu oraz promowanie sportu wśród młodzieży. Nikt z aktywistów TW nie liczył, że ktoś… lub coś im da…, że się należy… , że coś zbuduje, stąd środki na swoją działalności pozyskiwano ze składek własnych, datków oraz poprzez organizowanie zbiórek. Pomysłów nie brakło, dlatego niezliczona ilość bali, festynów, loterii fantowych, parkowych gier. Członkowie zbierali na działalność własną, ale potrafili się także dzielić, stąd mało kto chce lub pamięta, że 10% z dochodu z balu, festynu itd. zawsze przeznaczano dla biednych i bezrobotnych. Wiążą się z tymi wydarzeniami anegdoty… stąd może przyjdzie czas, by i do nich wspomnieniem powrócić. Aktyw Towarzystwa pozyskiwał również datki na biwaki, wycieczki, zabawy choinkowe dla dzieci z niezamożnej grupy społecznej. Właśnie to oni stanęli w awangardzie, by po latach zaborów zaszczepić wśród mieszkańców Konina dumę z odzyskania dostępu do morza. Pozwolę sobie skorzystać ze zdjęć Bożeny Gibowskiej Kręglewskiej celem unaocznienia jednego z czerwcowych festynów związanych z obchodami „Dni Morza”, a jako dokument ze sportowej aktywności nie tylko członków TW załączam zapiski z archiwum własnego. Dlaczego taka impreza na jednym z konińskich błoń? Odpowiedź jest bardzo prostą. Za lokal trzeba płacić, a to już koszta, na które członkowie TW nie byli gotowi się narazić, co prawda można by we własnej sali, jednakże… obecność w lokalu obowiązywała strojem…, a przecież nie wszyscy chętni do zabawy takowy posiadali, ba… niektórych nawet nie było stać. Zatem teren „otwarty”…, a wówczas mieszkańcy… niby przechodzili „obok”…, a gdy zmrok kładł się na miasto wówczas… Spójrzmy na fotogramy, jednakże pomińmy postacie pierwszoplanowe, skupiając się na „tle”. Zobaczymy, że drzewo posłużyło jako wieszak, obok ustawili się muzycy, a wokół „pojedynczy” mieszkańcy wprzódy jako „gapie”, by wraz z upływem czasu… już tłumnie i czynnie przyłączyć się do zabawy. W przerwach znalazł się czas na odczyt, że hen…, tak daleko, „którego nawet okiem sokolim nie zmierzysz” budowany jest port mający się stać dla Polski oknem na świat. Któryś z wolontariuszy zbierał datki… na port…, na Gdynię…, na przyszłość potęgi morskiej…
Gdy noc otuliła brzegi wartkiej rzeki…. wianki!!! Nie było dla mnie dane żyć w tamtych czasach, lecz w opowiadaniach, stąd jako dziecko tylko fragmentarycznie pamiętam „powojenne” kultywowanie tradycji czerwcowych dni, gdy na drewniany most przyprowadzali mnie rodzice. Do dziś przed oczami staje obraz…, a w uszach słyszę okrzyki zebranych na moście tłumów: patrz… patrz… płyną…, płyną…, a owe achy… i ochy… dotyczyły zarówno wianków płynących od strony Koła, jak i „naszych”… Płonące ogniska na łąkach, kajaki meandrujące wokół wianków, a na nich wioślarze z pochodniami, muzyka, to niezapomniany obraz minionych dni.
Jestem przekonany, że gdyby Julian Tuwim znalazłby się na ówczesnym festynie, to nie oparłby słów wiersza pt. Lokomotywa na „szynach”, lecz o konińskie błonia, a wówczas: Nagle – gwizd, nagle – świst, muzyka – buch, nogi – w ruch. Najpierw – powoli, jak żółw- ociężale. Ruszyły – tany, po trawie – ospale. Szarpnęła muzyka i ciągnie tańczących …

Tadeusz Kowalczykiewicz

Udostępnij na: