Legend czar

Sztaudynger:
Aby historii ukryć błędy,
okryj je płaszczem legendy
***
Przypadek spowodował, że „polecony” miałem przyjemność oprowadzać po Koninie przybyszów z Wielkiej Brytanii. We wrześniu 1939 roku poprzez Rumunię ich dziadkowie opuścili Polskę i więcej do niej nie wrócili. Potomkowie wiadomości o miejscu urodzenia przodków budowali na podstawie opowiadań bliskich, oraz wiadomości dostępnych w Internecie. Obecnie postanowili Konin wizytować. Mój angielski, podobnie zasób słów języka polskiego u odwiedzających zatrzymał się na formie bezokolicznikowej typu: chcieć, kupić, mieć, stąd w tłumacza wcielił się mój syn. Podczas wędrówki poprzez historię stojąc na pl. Zamkowym – podpierając się fotografiami opowiadałem o zmianach „wizerunku” oraz „gabarytów” placu, nadmieniłem o zburzonym domu Gluby, bes medreszu itp… Smutną konkluzją wędrówki było odbijające się niczym echo o ściany domostw ich pytanie: why? Nie potrafiłem, a raczej nie chciałem przywoływać indolencję umysłową wydających pozwolenie na obrócenie w perzynę opowiadanych budowli. Na zakończenie wędrówki jeden z podróżników zapytał: Czy znam legendę, w której bohaterką jest np. „Biała dama”, tudzież inna postać „strasząca” , a związana z Koninem. Ponieważ nie pomnę podania o zjawie błąkającej się po ulicach lub domostwach grodu nad Wartą, czy też innej personie mrożącej krew w żyłach, postanowiłem przytoczyć historię z własnego życia.
W 1966 roku, na terenie Placu Zamkowego przeprowadzano wykopaliska. Po odejściu pracowników teren badań naukowych każdego wieczoru zamieniał się w plac zabaw. Naukowcy przeczuwając niebezpieczeństwo oraz wścibskość osobników w krótkich majteczkach, ewentualne „znaleziska” pakowali do „płaskich” skrzynek i odnosili do hotelu- znajdującego się wówczas przy ul. Słowackiego. Opodal wykopów pozostawiali dość sporych rozmiarów zamykaną na kłódkę drewnianą skrzynię. W naszych umysłach w sposób odwrotny pojawił się pomysł, iż w skrzyni znajdują się zbroje, miecze, tudzież inne akcesoria z rycerskiego „ubranka”. Któregoś dnia archeolodzy poprzez zapomnienie skrzynię zostawili otwartą, stąd pierwszymi ciekawskimi staliśmy się my. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy zamiast mieczy …etc… etc zobaczyliśmy skrzynię wypełnioną czaszkami oraz „składowymi” ludzkich szkieletów… Nie wiedząc o mieszczącym się w tym miejscu dawnym cmentarzu, przyjęliśmy zasadę Kalego z książki pt. „W pustyni i w puszczy”:- jeżeli nie ma zbroi, to przynajmniej pocieszeniem są szkielety krzyżackich knechtów położonych pokotem, przez dzielnych wojów z Konina.
Deliberując kompletnie nie zauważyliśmy stojącego obok nas mężczyzny. Zarówno obfita broda, podobnie „plugawy ubiór” jak u zbójców opowiedzianych w wierszu pt. „Powrót taty”, nadał kolorytu nieznajomemu. Osobnik cedząc słowa zapytał: Dlaczego zaglądamy do skrzyni i cóż takiego ciekawego w niej znaleźliśmy? Zgodnie z zasadą dziecięcej negacji wypieraliśmy się, że nawet do niej nie zaglądaliśmy. Brodacz nie dał wiary solennym przyrzeczeniom…, podniósł wieko…. wyjął jedną z czaszek i cedząc słowa mówił:, Co my tu mamy? Następnie odwrócił głowę i z utkwionym w nas wzrokiem zastanawiał się,: Ale tu kości? Można na nich ugotować zupę pomidorową?
Surrealizm nie był wówczas naszą ulubioną formą komunikowania, stąd krokiem bliskim rakom, wycofaliśmy się na „upatrzone pozycje”. Już z bezpiecznej(?) odległości obserwowaliśmy, jak nieznajomy wkłada czaszkę do skrzyni, zamyka ją na kłódkę i oddala się w kierunku hotelu.
Od spotkania z brodaczem pracownicy naukowi na terenie prowadzonych przez siebie prac mieli o trzech „badaczy” mniej. Odnośnie zupy pomidorowej? Na długie lata przestała być moją ulubioną!!!
Czyż potrzeba zamku, komnat, „Białej damy”, dzwoniących łańcuchów, żeby przeżyć dreszczyk emocji związany z dziejami Konina? Chyba nie, a podczas szykowania się do biesiady jeden z odwiedzających Konin pełen rozbawienia zapytał: na obiad chyba nie będzie zupy pomidorowej?

Tadeusz Kowalczykiewicz

Udostępnij na: